sobota, 25 października 2014

Rozdział 13

,, Nie mogłem uwierzyć, że go już nami nie ma ''

Justin Bieber’s POV

Stałem przed lustrem w mojej sypialni, ubrany w formalny strój na pogrzeb. Westchnąłem, kiedy na siebie spojrzałem. Miałem na sobie białą, prostą koszulę, czarny krawat oraz ciemne spodnie. Nie zakładałem tego już od lat, ale moja mama przygotowała to dla mnie. Nie mogłem uwierzyć, że on nie żyje. Jeszcze kilka dni temu z nim rozmawiałem. To wydaje się nierealnie, ale to jednak jest Bronx.
- Justin- moja mama weszła do pokoju, na jej twarzy nie widniał uśmiech, tak jak zawsze- Musimy iść..
- Okej- westchnąłem i poszedłem za nią. Była ubrana w czarną sukienkę do kolan. Jazmyn wyszła ze swojego pokoju. Miała na sobie czarną, sznurowaną sukienkę i szpilki, które stukały za każdym jej krokiem. Wiem, że go nie znała, ale nadal chciała pocieszyć kogoś, kto tego potrzebował.
- Nienawidzę pogrzebów- mruknęła i skrzyżowała ramiona.
Przytaknąłem- Ja też.
Mój tata wyłonił się z pokoju, który dzieli z mamą, ubrany w garnitur wojskowy- Chodźmy.
Po tych słowach Jaxon wyszedł ze swojego pokoju ubrany w czarną koszulkę polo i jego najlepsze, ciemne dźinsy.
Jazmyn przewróciła oczami- Polegaj na Jaxonie, który zakłada dżinsy na pogrzeb.
- Zamknij się do cholery- Jaxon przewrócił oczami.
- Język- moja mama ostrzegła go, patrząc na niego groźnym wzrokiem.
Wszyscy wyszliśmy z domu i poszliśmy do kościoła oddalonego tylko kilka bloków dalej. Ochłodziło się. Październik zbliżał się wielkimi krokami. Jazmyn i mama zaczęły przyspieszać, kiedy zorientowały się, że zaczyna padać.
- Dziewczyny i ich włosy- tata stłumił chichot, obserwując je. Zwolniły dopiero, kiedy były już obok kościoła, ponieważ nie chciały wyglądać dziwnie obok ludzi ubranych na czarno.
- Jesteśmy- tata westchnął- Nie cierpię emocji na pogrzebach.
- Ja też- Jaxon przytaknął- Nawet nie wiem, kim jest ten facet.
- Daj spokój, Jaxon- mruknąłem, podążając za ludźmi przede mną. Skierowałem wzrok na pierwszy rząd, gdzie ujrzałem Saige. Moje serce spadło milion stóp pod ziemię, gdy zobaczyłem ją kompletnie załamaną.
Maskara zabarwiła jej policzki, kiedy łzy wypływały z jej oczu. Jej włosy wyglądały jakby przeczesywała je palcami wiele razy w ciągu ostatnich pięciu minut. Jej oczy były zaczerwienione. Mogłem poczuć jak się rozpadam, kiedy kompletnie bezradny patrzyłem na nią. W mojej głowie pojawiło się wspomnienie tego jak Seneca powiedziała nam o śmierci.

- O mój...- zaśmiałem się- Teraz musimy zrobić dziurę w ścianie twojego mieszkania dla twojego ego-
Powtórzyłem jej wcześniejszy żart, otrzymując głośny śmiech i pozwoliłem jej wejść na moje plecy, dając jej przejażdżkę na barana
 - Ludzie!- jakiś głos przerwał nam. Oboje obróciliśmy się i zobaczyliśmy Senecę stojącą przy ławce w parku. Wyglądała na zestresowaną i nieco zasmuconą. Była ubrana w dżinsowe spodenki z wysokim stanem i krótką, czarną koszulkę. Na to narzuciła ciemnoszary sweter. Ręce skrzyżowała na piersiach i patrzyła na ziemię.
- Coś nie tak...?- Saige ostrożnie zeskoczyła z moich pleców i stanęła obok mnie. Splotłem nasze palce i podeszliśmy bliżej do Senecy.
- Coś się stało?- zapytałem z troską.
- Wszystko w porządku?- Saige zapytała.
- Nie- Seneca potrząsnęła głową- Nic nie jest w porządku.
Jak ten perfekcyjny, wspaniały dzień z Saige mógł zostać zrujnowany właśnie wtedy, kiedy mieliśmy się żegnać?
- Co się stało?- zapytałem ponownie, by dostać odpowiedź.
- Zdarzyła się...- nie mogła znaleźć słów, by opisać cokolwiek, co się zdarzyło.
- Co, Seneca?- Saige zapytała, coraz bardziej się denerwując, że Seneca nadal nie powiedziała nam, co się stało.
- Zdarzyła się.. uhm..
- Jezu Chryste, Seneca, powiedz to.
- Zdarzyła się śmierć w rodzinie.
Moje oczy rozszerzyły się- Czyjej rodzinie...?
Seneca patrzyła na Saige, sprawiając, że tej opadła szczęka.
- Nie... proszę- Saige prawie płakała, nie miała jeszcze pojęcia, co się zdarzyło.
- To...- Seneca spojrzała w ziemię, przełykając dużą gulę w gardle.
- Kto?- Saige zażądała prawdy, zrobiła krok w kierunki Senecy- Cholera, Seneca, przestań grać na zwłokę! Kto kurwa?- była coraz bardziej wściekła.
- Twój... twój... To twój tata.
Saige odeszła od Senecy, zawzięcie kręcąc głową- Nie... kłamiesz! Przestań kłamać, Seneca! To nie jest zabawne!
- Nie kłamię- głos Senecy zadrżał. Nigdy nie widziałem, żeby się denerwowała przy kimś. Ale zgaduję, że to był pierwszy raz, kiedy musiała powiadomić kogoś o śmierci członka rodziny.
- Przestań!- Saige krzyczała na nią, łzy spadały z jej policzków, dusiła swoje słowa- Nie masz żadnych dowodów!
- Byłam w twoim domu, kiedy twoja mama powiedziała Toby'mu-
- Nie!- Saige przerwała jej.
- Został pchnięty nożem- Seneca ze smutkiem spojrzała na nią- Nie chciał dać portfela członkom gangu i pchnęli go nożem.
- Nie!
- Saige- westchnąłem, zwracając się do niej- Nie sądzę, że ona cię okłamuje.
Po moich słowach Saige kompletnie się załamała i prawie upadła. Szybko poderwałem się i złapałem ją, zanim oboje wylądowaliśmy na ziemi w klęczącej pozycji. Ukryła swoją twarz w mojej klatce piersiowej, głośno szlochając. Dałem z siebie wszystko, by ją uspokoić, masując ją delikatnie.
Spojrzałem na Senecę- Dzięki za przekazanie informacji...
Seneca otarła łzę- Nie chcę robić tego nigdy więcej.
- Wyobrażam sobie, że to nie jest łatwa rzecz do zrobienia.
- Nie jest- głos Seneci załamał się i odeszła.
- Seneca- zawołałem ją, by zwrócić jej uwagę.
Rozejrzała się i odwróciła do mnie, łza spadła z jej policzka- Tak?
- Zrobiłaś, to co miałaś zrobić.
- Dzięki- posłała mi słaby uśmiech, zanim odwróciła się i prawdopodobnie poszła pocieszyć Tobiego.


Przełknąłem dużą gulę w gardle, nadal oglądałem Saige. Nikt przy niej nie siedział. Jej matka klęczała przy trumnie ojca. Mimo że chcieli rozwodu, nadal można było zobaczyć w jej oczach miłość i desperację, by mieć go z powrotem. Toby był w tylnej części sali, wtulony w Senecę, tak jakby jego życie zależało od tego. Jego twarz była ukryta w jej ramionach, szeptał coś do niej. Nie mogłem zrozumieć, co to było, nie żeby był to mój interes. Spojrzałem jeszcze raz na Saige, zanim do niej podszedłem.

Saige Cameron’s POV

On nie żyje. Mój ojciec nie żyje. Zmarł. Już nie wróci. To nie było jak jego dawne podróże służbowe, gdzie mógł zniknąć od poniedziałku do piątku, ale w sobotę mogliśmy być wszyscy razem ponownie jako rodzina. On naprawdę odszedł. Uderzyłam pięściami w ławkę, na której siedziałam. Poczułam ból przechodzący przez palce. Nawet mnie to nie obchodziło.
- Saige- jakiś głos mnie zaskoczył. Odwróciłam sie i zobaczyłam Justina. Był ubrany w białą koszulę, czarny krawat i spodnie. W normalnej sytuacji powiedziałabym, że wygląda wspaniale, ale nie dziś. Wszystko co teraz chciałam to gardzić wszystkimi i z nikim nie rozmawiać.
- Proszę zostaw mnie samą- powiedziałam.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.
Spojrzałam na niego ze złością- A to dlaczego?
- Ponieważ potrzebujesz ramion, by się wypłakać.
- Jeśli będę tego potrzebować, dam ci znać. Teraz odejdź do cholery.
Justin zignorował mnie i usiadł obok- Saige... nikt nie chce być sam, kiedy cierpi. Potrzebujesz kogoś, by porozmawiać o wszystkich problemach. Pozwól bym to był ja. Pozwól mi przytulić cię, kiedy płaczesz i wycierasz łzy. Pozwól mi być uchem, które wysłucha wszystkie twoje problemy.
- Nikogo nie potrzebuję. Nie chcę zbliżać się do innych. Dzieją się wtedy złe rzeczy.
- Jakiego rodzaju złe rzeczy?- przekrzywił swoje brwi.
Potrząsnęłam głową i wbiłam palce w trumnę- Tak to się kończy.
- Winisz siebie za śmierć twojego ojca?- spojrzał na mnie z szokiem na twarzy- Jak do cholery mogłaś połączyć to ze sobą? Nie jesteś tego przyczyną.
- Może gdybym na Brooklynie nie była rozpieszczoną suką, nadal mielibyśmy pieniądze, by tam mieszkać i nie musielibyśmy być tutaj, gdzie on kurwa dostał nożem, Justin! A ja jestem tą, która powiedziała mu, żeby wynosił się z naszego domu! Gdybym tego nie powiedziała, tamtej nocy byłby z moją mamą!
Justin nic nie powiedział, zamiast tego chwycił mnie i objął.
Na początku starałam się z nim walczyć, by się uwolnić, ale nie mogłam zaprzeczyć, że podoba mi się to ciepło, kiedy mnie przytula. Zdecydowałam się poddać i położyłam głowę na jego ramieniu. Słyszałeś kiedyś powiedzenie, że kiedy płaczesz i ktoś cię przytula to chce ci się płakać jeszcze bardziej? To była dokładnie ta sytuacja. Myślę, że nigdy wcześniej tak mocno nie płakałam. Ledwo mogłam oddychać. Pokój wirował, kiedy wołałam imię mojego taty.
- Tatusiu- płakałam, przytulając mocno Justina. Prawdopodobnie go dusiłam- Dlaczego musiał odejść? Chcę mojego tatę, Justin!
- Wiem, wiem- uspokajał mnie, pocierając moje plecy- Wiem to, kochanie.
- Potrzebuję mojego taty, Justin, nie umiem bez niego żyć!
- Shh- Justin pocałował czubek mojej głowy.
- Kto będzie mnie prowadził do ołtarza na moim ślubie? Kto będzie mnie nazywać małą księżniczką? Nikt nie będzie przeklinać moich podłych chłopaków albo grozić im policją, albo bronią. Nie dbam o to, że były chwile, kiedy był dupkiem, Justin. To był mój tata! Potrzebuję go!- płakałam zaciekle wycierając oczy.
- Stop!- Justin chwycił moje ręce. Spojrzałam w jego oczy- W zasadzie podbijasz sobie oczy.
- Dam ci znać, kiedy będzie mi na tym zależeć- pociągnęłam nosem.
Justin westchnął i delikatnie otarł moje łzy.
- Saige- spojrzał na mnie- Uwierzysz mi, kiedy powiem, że wszystko będzie dobrze?
- Nie!- jęknęłam głośno. Poczułam na sobie wzrok innych zgromadzonych w kościele.
Odwróciłam się, kiedy poczułam, że kolejna osoba usiadła obok mnie. Wszędzie rozpoznam te blond włosy.
- O mój Boże... kochanie, tak bardzo mi przykro- szepnęła, nie wiedząc, jak zareaguję.
- Willow!- płakałam, odsuwając się od Justina i wtuliłam się w przyjaciółkę. Uspokajająco pocierała moje plecy, tak jak wcześniej Justin i mocno mnie przytuliła.
- Shhh, jest dobrze- wyszeptała- Wszystko będzie dobrze. Wiem jak się czujesz. Pomogę ci przez to przejść, okej?
Willow straciła swojego ojca, gdy miała piętnaście lat. Zmarł na raka płuc, którego zdiagnozowano, gdy ona miała dwanaście lat. Ciężko walczył z tą okrutną chorobą. W jej piętnaste urodziny lekarze, stwierdzili, że wyzdrowiał, co dla Willow oznaczało "najlepszy urodzinowy prezent jaki kiedykolwiek dostała". Po trzech miesiącach rak niespodziewanie powrócił i zabił go tydzień później. Lekarze nie mieli pojęcia, jak wyjaśnić to, co się stało. Willow, jej matka i młodsza siostra były kompletnie załamane. Dlaczego to stało się tak miłego człowiekowi, jakim był pan Anthony? Najbardziej okrutną rzeczą jaką wyrządził było uziemienie jego córek. Był najsympatyczniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Niestety zachorował na tą okrutną chorobę, która zakończyła się śmiercią.
- Musisz wiedzieć, że on cię teraz obserwuje- pocieszała mnie- Wiem, że on zawsze myślał, że jesteś bardzo silną osobą, więc teraz musisz pokazać tę siłę. Musisz być silna dla swojej matki.
- Ale ja nie potrafię- odepchnęłam ją ode mnie i spojrzałam prosto w oczy- Jak mogę być silna dla kogoś innego skoro nie potrafię być silna dla siebie?
Zanim Willow mogła odpowiedzieć, moja mama, Toby, Seneca i JT usiedli obok nas, a ksiądz zaczął mówić.
- Moi drodzy, zebraliśmy się tutaj, aby uczcić śmierć Charlesa Owena Cameron. Charles był ukochanym przyjacielem, synem, bratem, mężem, ojcem, wnukiem i siostrzeńcem. Najważniejsze jest to, że Charles zostanie zapamiętany za jego odwagę wobec grzechu tego świata. W noc swojej śmierci walczył o pieniądze, które zamierzał podarować swojej żonie, dzieciom, ale zakończył to umierając, by uratować ich.
Po tych słowach otarłam łzę, która spływała po moim policzku.
- Jego córka, Saige, chciałaby powiedzieć coś w jego imieniu.
Wstałam, całe moje ciało się trzęsło. Justin złączył nasze palce na sekundę, zanim posłał mi uspokajający uśmiech. Weszłam na podium. Rozłożyłam kartkę, na której napisałam moje przemówienie.
- Witam- mój głos drżał- Nazywam się Saige Cameron, większość z was mnie zna. Człowiek, dla którego wszyscy się tu dziś zebraliśmy, nie był dla mnie tylko jakimś facetem, był moim ojcem- mój głos był nieco wyższy przez płacz- Był dla mnie wszystkim. On i ja mieliśmy wiele kłótni, jak inni ojcowie z córkami, ale na koniec dnia on zawsze był moim tatusiem, kochałam go- płakałam- Byłam jego księżniczką.
Kompletnie się załamałam, położyłam głowę na podium i objęłam rękami kolana. Czułam jak zaczynam spadać, zanim ktoś mnie złapał.
- To nie może być realne- płakałam w Justina, który pomógł mi zająć poprzednie miejsce. Przez resztę pogrzebu kurczowo go ściskałam.


Siedziałam na przyjęciu pogrzebowym, kilka ulubionych piosenek mojego ojca leciało cicho w tle. Miałam kieliszek czerwonego ponczu. Był to ulubiony kolor mojego ojca. Przede mną leżało kilka talerzy z przekąskami, których jeszcze nie miałam okazji spróbować. Po prostu mieszałam słomką w mojej szklance przez całą noc, słuchając Willow, Justina, JT i Senecę, którzy śmiali się, żartowali razem tak, jakby był to jeden z regularnych obiadów, a nie zmiażdżenie mojego życia. Toby i ja nic nie mówiliśmy. Oboje wpatrywaliśmy się w nietknięte tace całą noc. Moja mama musiała biegać i rozmawiać z każdą osobą, która przybyła, by złożyć kondolencje. To wszystko było fałszywe, nikt nie wiedział przez, co przechodzimy. Chciałabym zobaczyć, jak by zareagowali, gdyby ich ukochany został zamordowany na Bronx.
- Saige- Justin zauważył, że nie rozmawiałam z nikim od ponad dwóch godzin- Nienawidzę, gdy jesteś taka spokojna.
Po prostu na niego spojrzałam, nie wiedząc, co powiedzieć. Czy on oczekiwał, że będę rozmowna, szczęśliwa, dowcipna jak za dawnych czasów? Lekko zmrużyłam oczy, zanim ponownie spojrzałam na mój talerz. Myśl o cieszeniu się z tego jedzenia przyprawiałam mnie o mdłości.
- Rozumiem, dlaczego jest taka cicha- Willow odchrząknęła. Nie odważyłam się spojrzeć w jej oczy- Na przyjęciu pogrzebowym mojego ojca chciałam, by każda osoba w pokoju była w takiej sytuacji jak ja.
Bingo, dokładnie tak się czuję.
- Ona czuje, jakby nikt nie rozumiał przez co ona przechodzi. Czuje się samotna. Szczerze mówiąc ona prawdopodobnie odtrąca nas już teraz, a nie jest obrażona lub cokolwiek. Justin, ktoś naprawdę będzie musiał być na każde jej skinienie. Nie mogę tego zrobić, ponieważ to zajmuje mi zbyt dużo czasu, by tu dojechać- przerwała, prawdopodobnie patrząc na wszystkich przy stole- Więc, ufam, że nie spuścicie Saige i Tobiego z oczu.
- Nie jestem dzieckiem- Toby w końcu się odezwał. Spojrzałam na niego.
- Nie chcę być obserwowany, jakbym był pięciolatkiem. Chcę być sam- wstał od stołu, rzucając filiżanką. Czerwony płyn rozlał się na cały czarnym obrusie, a on wybiegł z sali. Seneca natychmiast wstała z krzesła i pobiegła za nim, głośno krzycząc jego imię.
Zamknęłam oczy. Masowałam skronie, bo rozbolała mnie głowa. Poczułam duże ręce masujące moje plecy po raz setny dziś. Czy to była jakaś tajna technika, którą tylko on znał? Masaże są świetne, ale przychodzi czas, kiedy chcę więcej niż kurwa pocieranie moich pleców, jakbym była kotkiem czy coś. Westchnęłam i wstałam. JT, Justin i Willow spojrzeli na mnie.
- Powinnam porozmawiać z rodziną- odwróciłam się i szybko odeszłam od nich. Wpadłam na moją mamą. Natychmiast pociągnęła mnie do uścisku. Obie płakałyśmy podchodząc do rodziców taty, którzy byli cali czerwoni od płaczu.
- Saige- mój dziadek uśmiechnął się lekko i przytulił mnie. Usiadłam na krześle obok osiemdziesięcioletniego dziadka i delikatnie owinęłam ramiona wokół jego dużej figury. Przytulaliśmy się kilka sekund dłużej niż zawsze. Potem równie mocno przytuliłam babcię.
- Każda matka nienawidzi żyć dłużej niż jej dzieci- potrząsnęła głową ze smutkiem- Ale wiem, że on teraz siedzi w niebie i nas obserwuje.
- Tak- wychrypiałam, ocierając łzy.
- Gdzie jest twój brat?- dziadek zwrócił się do mnie.
Wzruszyłam ramionami- Wbiegł z sali.
- Niektórzy ludzie radzą sobie z taką sytuacją z gniewem- babcia westchnęła- Toby jest oczywiście jednym  z nich. Kiedy wróci, muszę z nim porozmawiać i spróbować skierować jego gniew na inny tor.
- To nie ma sensu- potrząsnęłam głową- Nasz tata nie żyje. Czy on nie ma prawa być zły? Ja jestem. Został zabity. Chcę znaleźć tego, kto to zrobił i-
- Teraz Saige- moja mama mi przerwała- Co się dzieje, kiedy ogień walczy z ogniem?
- Mój ogień wygrywa- skłamałam.
Babcia zaśmiała się słabo i potrząsnęła głową- Nie, Saige, możesz się poparzyć. Ostatecznie policja dowie się, kto to zrobił i sprawiedliwości stanie się zadość.
- Co jeśli nie?
- Musisz w to wierzyć- dziadek poklepał mnie po plecach- Złapią go.
- To niesprawiedliwe- ponownie poczułam łzy wypływające z moich oczu.
- Wiem- babcia westchnęła i przytuliła mnie. Toby wrócił i natychmiast do nas podszedł. Seneca poddała się i wróciła do JT, Justina i Willow.
- Nienawidzę tego- Toby warknął- Każdy się na mnie patrzy. Nie jestem jakimś zwierzęciem w klatce. Nie chcę, by patrzyli się na mnie cały czas.
- Toby- mama przytuliła go- To wkrótce się skończy, obiecuję. Czuję to samo. Tak jakbyśmy byli celebrytami z powodu naszej straty.
Chwyciłam z torebki chusteczkę i otarłam twarz, widząc czarny tusz na białym materiale. Westchnęłam, dlaczego przeszkadza mi dziś nawet makijaż?
- Tęsknię za tobą tatusiu- spojrzałam na sufit. Zastanawiałam się, czy usłyszał mnie z jakiegokolwiek miejsca, w którym był.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz= zostaw po sb pamiąteczkę XD PZDR Kochani ;p