,, Nie mogłem uwierzyć, że go już nami nie ma ''
Justin Bieber’s POV
Stałem przed lustrem w mojej sypialni, ubrany w formalny strój na
pogrzeb. Westchnąłem, kiedy na siebie spojrzałem. Miałem na sobie białą,
prostą koszulę, czarny krawat oraz ciemne spodnie. Nie zakładałem tego
już od lat, ale moja mama przygotowała to dla mnie. Nie mogłem uwierzyć,
że on nie żyje. Jeszcze kilka dni temu z nim rozmawiałem. To wydaje się
nierealnie, ale to jednak jest Bronx.
- Justin- moja mama weszła do pokoju, na jej twarzy nie widniał uśmiech, tak jak zawsze- Musimy iść..
- Okej- westchnąłem i poszedłem za nią. Była ubrana w czarną sukienkę do
kolan. Jazmyn wyszła ze swojego pokoju. Miała na sobie czarną,
sznurowaną sukienkę i szpilki, które stukały za każdym jej krokiem.
Wiem, że go nie znała, ale nadal chciała pocieszyć kogoś, kto tego
potrzebował.
- Nienawidzę pogrzebów- mruknęła i skrzyżowała ramiona.
Przytaknąłem- Ja też.
Mój tata wyłonił się z pokoju, który dzieli z mamą, ubrany w garnitur wojskowy- Chodźmy.
Po tych słowach Jaxon wyszedł ze swojego pokoju ubrany w czarną koszulkę polo i jego najlepsze, ciemne dźinsy.
Jazmyn przewróciła oczami- Polegaj na Jaxonie, który zakłada dżinsy na pogrzeb.
- Zamknij się do cholery- Jaxon przewrócił oczami.
- Język- moja mama ostrzegła go, patrząc na niego groźnym wzrokiem.
Wszyscy wyszliśmy z domu i poszliśmy do kościoła oddalonego tylko kilka
bloków dalej. Ochłodziło się. Październik zbliżał się wielkimi krokami.
Jazmyn i mama zaczęły przyspieszać, kiedy zorientowały się, że zaczyna
padać.
- Dziewczyny i ich włosy- tata stłumił chichot, obserwując je. Zwolniły
dopiero, kiedy były już obok kościoła, ponieważ nie chciały wyglądać
dziwnie obok ludzi ubranych na czarno.
- Jesteśmy- tata westchnął- Nie cierpię emocji na pogrzebach.
- Ja też- Jaxon przytaknął- Nawet nie wiem, kim jest ten facet.
- Daj spokój, Jaxon- mruknąłem, podążając za ludźmi przede mną. Skierowałem wzrok na pierwszy rząd, gdzie ujrzałem Saige. Moje serce spadło milion stóp pod ziemię, gdy zobaczyłem ją kompletnie załamaną.
Maskara zabarwiła jej policzki, kiedy łzy wypływały z jej oczu. Jej
włosy wyglądały jakby przeczesywała je palcami wiele razy w ciągu
ostatnich pięciu minut. Jej oczy były zaczerwienione. Mogłem poczuć jak
się rozpadam, kiedy kompletnie bezradny patrzyłem na nią. W mojej głowie
pojawiło się wspomnienie tego jak Seneca powiedziała nam o śmierci.
- O mój...- zaśmiałem się- Teraz musimy zrobić dziurę w ścianie twojego mieszkania dla twojego ego-
Powtórzyłem
jej wcześniejszy żart, otrzymując głośny śmiech i pozwoliłem jej wejść
na moje plecy, dając jej przejażdżkę na barana
- Ludzie!- jakiś głos przerwał nam. Oboje obróciliśmy się i
zobaczyliśmy Senecę stojącą przy ławce w parku. Wyglądała na
zestresowaną i nieco zasmuconą. Była ubrana w dżinsowe spodenki z
wysokim stanem i krótką, czarną koszulkę. Na to narzuciła ciemnoszary
sweter. Ręce skrzyżowała na piersiach i patrzyła na ziemię.
- Coś nie
tak...?- Saige ostrożnie zeskoczyła z moich pleców i stanęła obok mnie.
Splotłem nasze palce i podeszliśmy bliżej do Senecy.
- Coś się stało?- zapytałem z troską.
- Wszystko w porządku?- Saige zapytała.
- Nie- Seneca potrząsnęła głową- Nic nie jest w porządku.
Jak ten perfekcyjny, wspaniały dzień z Saige mógł zostać zrujnowany właśnie wtedy, kiedy mieliśmy się żegnać?
- Co się stało?- zapytałem ponownie, by dostać odpowiedź.
- Zdarzyła się...- nie mogła znaleźć słów, by opisać cokolwiek, co się zdarzyło.
- Co, Seneca?- Saige zapytała, coraz bardziej się denerwując, że Seneca nadal nie powiedziała nam, co się stało.
- Zdarzyła się.. uhm..
- Jezu Chryste, Seneca, powiedz to.
- Zdarzyła się śmierć w rodzinie.
Moje oczy rozszerzyły się- Czyjej rodzinie...?
Seneca patrzyła na Saige, sprawiając, że tej opadła szczęka.
- Nie... proszę- Saige prawie płakała, nie miała jeszcze pojęcia, co się zdarzyło.
- To...- Seneca spojrzała w ziemię, przełykając dużą gulę w gardle.
-
Kto?- Saige zażądała prawdy, zrobiła krok w kierunki Senecy- Cholera,
Seneca, przestań grać na zwłokę! Kto kurwa?- była coraz bardziej
wściekła.
- Twój... twój... To twój tata.
Saige odeszła od Senecy, zawzięcie kręcąc głową- Nie... kłamiesz! Przestań kłamać, Seneca! To nie jest zabawne!
-
Nie kłamię- głos Senecy zadrżał. Nigdy nie widziałem, żeby się
denerwowała przy kimś. Ale zgaduję, że to był pierwszy raz, kiedy
musiała powiadomić kogoś o śmierci członka rodziny.
- Przestań!- Saige krzyczała na nią, łzy spadały z jej policzków, dusiła swoje słowa- Nie masz żadnych dowodów!
- Byłam w twoim domu, kiedy twoja mama powiedziała Toby'mu-
- Nie!- Saige przerwała jej.
- Został pchnięty nożem- Seneca ze smutkiem spojrzała na nią- Nie chciał dać portfela członkom gangu i pchnęli go nożem.
- Nie!
- Saige- westchnąłem, zwracając się do niej- Nie sądzę, że ona cię okłamuje.
Po
moich słowach Saige kompletnie się załamała i prawie upadła. Szybko
poderwałem się i złapałem ją, zanim oboje wylądowaliśmy na ziemi w
klęczącej pozycji. Ukryła swoją twarz w mojej klatce piersiowej, głośno
szlochając. Dałem z siebie wszystko, by ją uspokoić, masując ją
delikatnie.
Spojrzałem na Senecę- Dzięki za przekazanie informacji...
Seneca otarła łzę- Nie chcę robić tego nigdy więcej.
- Wyobrażam sobie, że to nie jest łatwa rzecz do zrobienia.
- Nie jest- głos Seneci załamał się i odeszła.
- Seneca- zawołałem ją, by zwrócić jej uwagę.
Rozejrzała się i odwróciła do mnie, łza spadła z jej policzka- Tak?
- Zrobiłaś, to co miałaś zrobić.
- Dzięki- posłała mi słaby uśmiech, zanim odwróciła się i prawdopodobnie poszła pocieszyć Tobiego.
Przełknąłem dużą gulę w gardle, nadal oglądałem Saige. Nikt przy niej
nie siedział. Jej matka klęczała przy trumnie ojca. Mimo że chcieli
rozwodu, nadal można było zobaczyć w jej oczach miłość i desperację, by
mieć go z powrotem. Toby był w tylnej części sali, wtulony w Senecę, tak
jakby jego życie zależało od tego. Jego twarz była ukryta w jej
ramionach, szeptał coś do niej. Nie mogłem zrozumieć, co to było, nie
żeby był to mój interes. Spojrzałem jeszcze raz na Saige, zanim do niej
podszedłem.
Saige Cameron’s POV
On nie żyje. Mój ojciec nie żyje. Zmarł. Już nie wróci. To nie było jak
jego dawne podróże służbowe, gdzie mógł zniknąć od poniedziałku do
piątku, ale w sobotę mogliśmy być wszyscy razem ponownie jako rodzina.
On naprawdę odszedł. Uderzyłam pięściami w ławkę, na której siedziałam.
Poczułam ból przechodzący przez palce. Nawet mnie to nie obchodziło.
- Saige- jakiś głos mnie zaskoczył. Odwróciłam sie i zobaczyłam Justina.
Był ubrany w białą koszulę, czarny krawat i spodnie. W normalnej
sytuacji powiedziałabym, że wygląda wspaniale, ale nie dziś. Wszystko co
teraz chciałam to gardzić wszystkimi i z nikim nie rozmawiać.
- Proszę zostaw mnie samą- powiedziałam.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.
Spojrzałam na niego ze złością- A to dlaczego?
- Ponieważ potrzebujesz ramion, by się wypłakać.
- Jeśli będę tego potrzebować, dam ci znać. Teraz odejdź do cholery.
Justin zignorował mnie i usiadł obok- Saige... nikt nie chce być sam,
kiedy cierpi. Potrzebujesz kogoś, by porozmawiać o wszystkich
problemach. Pozwól bym to był ja. Pozwól mi przytulić cię, kiedy
płaczesz i wycierasz łzy. Pozwól mi być uchem, które wysłucha wszystkie
twoje problemy.
- Nikogo nie potrzebuję. Nie chcę zbliżać się do innych. Dzieją się wtedy złe rzeczy.
- Jakiego rodzaju złe rzeczy?- przekrzywił swoje brwi.
Potrząsnęłam głową i wbiłam palce w trumnę- Tak to się kończy.
- Winisz siebie za śmierć twojego ojca?- spojrzał na mnie z szokiem na
twarzy- Jak do cholery mogłaś połączyć to ze sobą? Nie jesteś tego
przyczyną.
- Może gdybym na Brooklynie nie była rozpieszczoną suką, nadal
mielibyśmy pieniądze, by tam mieszkać i nie musielibyśmy być tutaj,
gdzie on kurwa dostał nożem, Justin! A ja jestem tą, która powiedziała
mu, żeby wynosił się z naszego domu! Gdybym tego nie powiedziała, tamtej
nocy byłby z moją mamą!
Justin nic nie powiedział, zamiast tego chwycił mnie i objął.
Na początku starałam się z nim walczyć, by się uwolnić, ale nie mogłam
zaprzeczyć, że podoba mi się to ciepło, kiedy mnie przytula.
Zdecydowałam się poddać i położyłam głowę na jego ramieniu. Słyszałeś kiedyś powiedzenie, że kiedy płaczesz i ktoś cię przytula to chce ci się płakać jeszcze bardziej?
To była dokładnie ta sytuacja. Myślę, że nigdy wcześniej tak mocno nie
płakałam. Ledwo mogłam oddychać. Pokój wirował, kiedy wołałam imię
mojego taty.
- Tatusiu- płakałam, przytulając mocno Justina. Prawdopodobnie go dusiłam- Dlaczego musiał odejść? Chcę mojego tatę, Justin!
- Wiem, wiem- uspokajał mnie, pocierając moje plecy- Wiem to, kochanie.
- Potrzebuję mojego taty, Justin, nie umiem bez niego żyć!
- Shh- Justin pocałował czubek mojej głowy.
- Kto będzie mnie prowadził do ołtarza na moim ślubie? Kto będzie mnie
nazywać małą księżniczką? Nikt nie będzie przeklinać moich podłych
chłopaków albo grozić im policją, albo bronią. Nie dbam o to, że były
chwile, kiedy był dupkiem, Justin. To był mój tata! Potrzebuję go!-
płakałam zaciekle wycierając oczy.
- Stop!- Justin chwycił moje ręce. Spojrzałam w jego oczy- W zasadzie podbijasz sobie oczy.
- Dam ci znać, kiedy będzie mi na tym zależeć- pociągnęłam nosem.
Justin westchnął i delikatnie otarł moje łzy.
- Saige- spojrzał na mnie- Uwierzysz mi, kiedy powiem, że wszystko będzie dobrze?
- Nie!- jęknęłam głośno. Poczułam na sobie wzrok innych zgromadzonych w kościele.
Odwróciłam się, kiedy poczułam, że kolejna osoba usiadła obok mnie. Wszędzie rozpoznam te blond włosy.
- O mój Boże... kochanie, tak bardzo mi przykro- szepnęła, nie wiedząc, jak zareaguję.
- Willow!- płakałam, odsuwając się od Justina i wtuliłam się w
przyjaciółkę. Uspokajająco pocierała moje plecy, tak jak wcześniej
Justin i mocno mnie przytuliła.
- Shhh, jest dobrze- wyszeptała- Wszystko będzie dobrze. Wiem jak się czujesz. Pomogę ci przez to przejść, okej?
Willow straciła swojego ojca, gdy miała piętnaście lat. Zmarł na raka
płuc, którego zdiagnozowano, gdy ona miała dwanaście lat. Ciężko walczył
z tą okrutną chorobą. W jej piętnaste urodziny lekarze, stwierdzili, że
wyzdrowiał, co dla Willow oznaczało "najlepszy urodzinowy prezent jaki
kiedykolwiek dostała". Po trzech miesiącach rak niespodziewanie powrócił
i zabił go tydzień później. Lekarze nie mieli pojęcia, jak wyjaśnić to,
co się stało. Willow, jej matka i młodsza siostra były kompletnie
załamane. Dlaczego to stało się tak miłego człowiekowi, jakim był pan
Anthony? Najbardziej okrutną rzeczą jaką wyrządził było uziemienie jego
córek. Był najsympatyczniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek
spotkałam. Niestety zachorował na tą okrutną chorobę, która zakończyła
się śmiercią.
- Musisz wiedzieć, że on cię teraz obserwuje- pocieszała mnie- Wiem, że
on zawsze myślał, że jesteś bardzo silną osobą, więc teraz musisz
pokazać tę siłę. Musisz być silna dla swojej matki.
- Ale ja nie potrafię- odepchnęłam ją ode mnie i spojrzałam prosto w
oczy- Jak mogę być silna dla kogoś innego skoro nie potrafię być silna
dla siebie?
Zanim Willow mogła odpowiedzieć, moja mama, Toby, Seneca i JT usiedli obok nas, a ksiądz zaczął mówić.
- Moi drodzy, zebraliśmy się tutaj, aby uczcić śmierć Charlesa Owena
Cameron. Charles był ukochanym przyjacielem, synem, bratem, mężem,
ojcem, wnukiem i siostrzeńcem. Najważniejsze jest to, że Charles
zostanie zapamiętany za jego odwagę wobec grzechu tego świata. W noc
swojej śmierci walczył o pieniądze, które zamierzał podarować swojej
żonie, dzieciom, ale zakończył to umierając, by uratować ich.
Po tych słowach otarłam łzę, która spływała po moim policzku.
- Jego córka, Saige, chciałaby powiedzieć coś w jego imieniu.
Wstałam, całe moje ciało się trzęsło. Justin złączył nasze palce na
sekundę, zanim posłał mi uspokajający uśmiech. Weszłam na podium.
Rozłożyłam kartkę, na której napisałam moje przemówienie.
- Witam- mój głos drżał- Nazywam się Saige Cameron, większość z was mnie
zna. Człowiek, dla którego wszyscy się tu dziś zebraliśmy, nie był dla
mnie tylko jakimś facetem, był moim ojcem- mój głos był nieco wyższy
przez płacz- Był dla mnie wszystkim. On i ja mieliśmy wiele kłótni, jak
inni ojcowie z córkami, ale na koniec dnia on zawsze był moim tatusiem,
kochałam go- płakałam- Byłam jego księżniczką.
Kompletnie się załamałam, położyłam głowę na podium i objęłam rękami kolana. Czułam jak zaczynam spadać, zanim ktoś mnie złapał.
- To nie może być realne- płakałam w Justina, który pomógł mi zająć
poprzednie miejsce. Przez resztę pogrzebu kurczowo go ściskałam.
Siedziałam na przyjęciu pogrzebowym, kilka ulubionych piosenek mojego
ojca leciało cicho w tle. Miałam kieliszek czerwonego ponczu. Był to
ulubiony kolor mojego ojca. Przede mną leżało kilka talerzy z
przekąskami, których jeszcze nie miałam okazji spróbować. Po prostu
mieszałam słomką w mojej szklance przez całą noc, słuchając Willow,
Justina, JT i Senecę, którzy śmiali się, żartowali razem tak, jakby był
to jeden z regularnych obiadów, a nie zmiażdżenie mojego życia. Toby i
ja nic nie mówiliśmy. Oboje wpatrywaliśmy się w nietknięte tace całą
noc. Moja mama musiała biegać i rozmawiać z każdą osobą, która przybyła,
by złożyć kondolencje. To wszystko było fałszywe, nikt nie wiedział
przez, co przechodzimy. Chciałabym zobaczyć, jak by zareagowali, gdyby
ich ukochany został zamordowany na Bronx.
- Saige- Justin zauważył, że nie rozmawiałam z nikim od ponad dwóch godzin- Nienawidzę, gdy jesteś taka spokojna.
Po prostu na niego spojrzałam, nie wiedząc, co powiedzieć. Czy on
oczekiwał, że będę rozmowna, szczęśliwa, dowcipna jak za dawnych czasów?
Lekko zmrużyłam oczy, zanim ponownie spojrzałam na mój talerz. Myśl o
cieszeniu się z tego jedzenia przyprawiałam mnie o mdłości.
- Rozumiem, dlaczego jest taka cicha- Willow odchrząknęła. Nie odważyłam
się spojrzeć w jej oczy- Na przyjęciu pogrzebowym mojego ojca chciałam,
by każda osoba w pokoju była w takiej sytuacji jak ja.
Bingo, dokładnie tak się czuję.
- Ona czuje, jakby nikt nie rozumiał przez co ona przechodzi. Czuje się
samotna. Szczerze mówiąc ona prawdopodobnie odtrąca nas już teraz, a nie
jest obrażona lub cokolwiek. Justin, ktoś naprawdę będzie musiał być na
każde jej skinienie. Nie mogę tego zrobić, ponieważ to zajmuje mi zbyt
dużo czasu, by tu dojechać- przerwała, prawdopodobnie patrząc na
wszystkich przy stole- Więc, ufam, że nie spuścicie Saige i Tobiego z
oczu.
- Nie jestem dzieckiem- Toby w końcu się odezwał. Spojrzałam na niego.
- Nie chcę być obserwowany, jakbym był pięciolatkiem. Chcę być sam-
wstał od stołu, rzucając filiżanką. Czerwony płyn rozlał się na cały
czarnym obrusie, a on wybiegł z sali. Seneca natychmiast wstała z
krzesła i pobiegła za nim, głośno krzycząc jego imię.
Zamknęłam oczy. Masowałam skronie, bo rozbolała mnie głowa. Poczułam
duże ręce masujące moje plecy po raz setny dziś. Czy to była jakaś tajna
technika, którą tylko on znał? Masaże są świetne, ale przychodzi czas,
kiedy chcę więcej niż kurwa pocieranie moich pleców, jakbym była kotkiem
czy coś. Westchnęłam i wstałam. JT, Justin i Willow spojrzeli na mnie.
- Powinnam porozmawiać z rodziną- odwróciłam się i szybko odeszłam od
nich. Wpadłam na moją mamą. Natychmiast pociągnęła mnie do uścisku. Obie
płakałyśmy podchodząc do rodziców taty, którzy byli cali czerwoni od
płaczu.
- Saige- mój dziadek uśmiechnął się lekko i przytulił mnie. Usiadłam na
krześle obok osiemdziesięcioletniego dziadka i delikatnie owinęłam
ramiona wokół jego dużej figury. Przytulaliśmy się kilka sekund dłużej
niż zawsze. Potem równie mocno przytuliłam babcię.
- Każda matka nienawidzi żyć dłużej niż jej dzieci- potrząsnęła głową ze
smutkiem- Ale wiem, że on teraz siedzi w niebie i nas obserwuje.
- Tak- wychrypiałam, ocierając łzy.
- Gdzie jest twój brat?- dziadek zwrócił się do mnie.
Wzruszyłam ramionami- Wbiegł z sali.
- Niektórzy ludzie radzą sobie z taką sytuacją z gniewem- babcia
westchnęła- Toby jest oczywiście jednym z nich. Kiedy wróci, muszę z
nim porozmawiać i spróbować skierować jego gniew na inny tor.
- To nie ma sensu- potrząsnęłam głową- Nasz tata nie żyje. Czy on nie ma
prawa być zły? Ja jestem. Został zabity. Chcę znaleźć tego, kto to
zrobił i-
- Teraz Saige- moja mama mi przerwała- Co się dzieje, kiedy ogień walczy z ogniem?
- Mój ogień wygrywa- skłamałam.
Babcia zaśmiała się słabo i potrząsnęła głową- Nie, Saige, możesz się
poparzyć. Ostatecznie policja dowie się, kto to zrobił i sprawiedliwości
stanie się zadość.
- Co jeśli nie?
- Musisz w to wierzyć- dziadek poklepał mnie po plecach- Złapią go.
- To niesprawiedliwe- ponownie poczułam łzy wypływające z moich oczu.
- Wiem- babcia westchnęła i przytuliła mnie. Toby wrócił i natychmiast
do nas podszedł. Seneca poddała się i wróciła do JT, Justina i Willow.
- Nienawidzę tego- Toby warknął- Każdy się na mnie patrzy. Nie jestem
jakimś zwierzęciem w klatce. Nie chcę, by patrzyli się na mnie cały
czas.
- Toby- mama przytuliła go- To wkrótce się skończy, obiecuję. Czuję to
samo. Tak jakbyśmy byli celebrytami z powodu naszej straty.
Chwyciłam z torebki chusteczkę i otarłam twarz, widząc czarny tusz na
białym materiale. Westchnęłam, dlaczego przeszkadza mi dziś nawet
makijaż?
- Tęsknię za tobą tatusiu- spojrzałam na sufit. Zastanawiałam się, czy usłyszał mnie z jakiegokolwiek miejsca, w którym był.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Czytasz= zostaw po sb pamiąteczkę XD PZDR Kochani ;p